ks. dr Andrzej Dębski

ksAndrzej_13

KS. DR ANDRZEJ DĘBSKI o sobie – 18 latek z 22 letnim doświadczeniem. Prefekt Archidiecezjalnego Wyższego Seminarium Duchownego w Białymstoku, wykładowca teologii dogmatycznej, wydawca i prezenter katolickiego magazynu „Pod Twoją obronę” w TVP Białystok, rzecznik prasowy Archidiecezji Białostockiej, kapelan klubu Jagiellonia Białystok, maratończyk.

okiemwariata: Znamy się, regularnie mijamy się na korytarzach białostockiego ośrodka TVP, czy będziesz miał coś przeciwko temu byśmy podczas tego wywiadu zrezygnowali z oficjalnej formuły „proszę księdza”?

Andrzej Dębski: Nie ma problemu.

Zacznijmy więc od początku – jak to się stało, że zostałeś księdzem?

Za każdym razem, kiedy pyta się różnych księży dlaczego wybrali taką drogę życiową, to nieuchronnie musi paść słowo „powołanie” i tak jest w moim przypadku. To uczucie nieprzekazywalne. W pewnym momencie usłyszałem głos Pana Boga, zapraszający do tego, bym został księdzem.

A kapłaństwo to realizacja wielkiej miłości do Boga, którą chce się zarazić, jak pasją, drugiego człowieka. To jest fascynacja tym, że istnieje inny świat, nie tylko ten widzialny, dostrzegalny, ale też ten metafizyczny. O tym się chce mówić, tak jak dzielimy się naszą największą radością – opowiada się o tym najbliższym, później innym ludziom. To mój świadomy wybór, że chcę to robić w ciągu całego mojego życia.

A jak najbliżsi zareagowali na Twoją decyzję?

Oczywiście uszanowali ją. Rodzice zapytali mnie czy to na pewno moja droga, chociaż są to ludzie wierzący i zdają sobie sprawę z tego, że czegoś takiego nie da się sprawdzić. Jedyną ich obawą było to czy wytrwam w tej decyzji. Nie odradzali mi tego, ani nie zachęcali mnie do tego.

Kiedy wstępowałem do seminarium, tata był zawodowym żołnierzem. W tamtych czasach, dwadzieścia kilka lat temu, było to spore zaskoczenie, że syn pułkownika wybiera taką drogę, ale nie miałem z tego powodu żadnych przykrości, przyjęto mnie bardzo życzliwie.

W 1995 roku wstąpiłem do białostockiego seminarium, nauka trwała sześć lat. Był to na pewno czas zmagań, pytań wewnętrznych, ale nie było rozdarć, wielkich wątpliwości – czy to jest moja droga, czy mam odejść.

Ale podjąłeś decyzję o zostaniu księdzem jako bardzo młody chłopak, nie było w Tobie potrzeby eksplorowania świata na wielu płaszczyznach? Seminarium narzuca pewien reżim – nie wszystko możesz zrobić, wiele rzeczy klerykom „nie przystoi”. Nie chciałeś żyć tak, jak Twoi koledzy?

Wrócę do pierwszej odpowiedzi – ja zasmakowałem trochę innego świata, czegoś, co jest znacznie bardziej fascynujące niż to, co robią moi koledzy. Dla mnie bycie z Panem Bogiem na modlitwie, rozmowa z nim, doświadczanie Jego obecności jest czymś znacznie lepszym niż siedzenie powiedzmy w pubie do czwartej rano. Wcale nie wprowadzam tutaj jakiejś gradacji – co jest lepsze, co jest gorsze, po prostu kto co lubi. Ja, gdyby Pan Bóg się o mnie kiedyś nie upomniał, pewnie siedziałbym w tym pubie z kolegami, a gdyby oni usłyszeli ten głos, który ja usłyszałem, to pewnie byliby na moim miejscu.

A co z rodziną? To jest ta cena, którą musiałeś zapłacić za bycie kapłanem, za wybór takiej, a nie innej ścieżki. Kiedy widzisz chociażby swojego brata, który założył rodzinę, nie ma w Tobie żalu, poczucia, że coś straciłeś?

Może zabrzmi to dziwnie, ale nie. To jest mój wybór, nie zostało mi to narzucone. To nie jest tak, że ktoś powiedział „Słuchaj, jesteś w seminarium, ale nie powiedzieliśmy ci o tym – nie możesz mieć rodziny”. Ja, wstępując do seminarium, zdawałem sobie z tego sprawę. Nie przyjąłem tego jako jeden z warunków bycia księdzem, ale jako dar.

Zauważ, że Pan Bóg tak pokierował moimi losami, że zostałem prefektem – to jest tak, jakbym miał czterdziestu sześciu synów. Na każdym z nich mi zależy, widzę jak się starają, jak dojrzewają, przeżywam ich zmartwienia i troski. Oczywiście ktoś powie, że nie da się tego porównać – oczywiście nie da się, ale w znaczeniu emocjonalnym, naprawdę traktuję ich jak swoich synów.

A nie bałeś się odpowiedzialności za tych młodych ludzi, gdy przyjmowałeś propozycję zostania prefektem?

Wiem, że to, co mnie spotyka jest od Pana Boga i to jest nie tyle dobre, co jest najlepsze. Propozycja objęcia stanowiska prefekta była dla mnie zaskoczeniem, ale też wiele rzeczy w moim życiu wydarzyło się „z zaskoczenia”.

Kiedy pod koniec ubiegłego roku ksiądz arcybiskup powiedział, że da mi inne pole odpowiedzialności, na początku pojawił się wielki lęk, ale później takie zawierzenie Panu Bogu, entuzjazm. Zakasałem rękawy i wziąłem się do pracy, i póki co jeszcze tutaj jestem.

Co Ci daje taka praca z młodymi ludźmi?

Zawsze praca z młodymi ludźmi jest pracą ciekawą i nieprzewidywalną, a ja to lubię. Młodzi są pełni entuzjazmu, pełni różnych pomysłów, a jednocześnie nie mają takiego doświadczenia, jakie mam już ja. To są dwudziestoletni chłopcy, ja mam lat czterdzieści. Praca z nimi daje mi nowe, świeże spojrzenie na świat – to niesamowity dar.

Czego, jako prefekt, chciałbyś ich nauczyć?

Seminarium jest takim inkubatorem, oni mają tu trochę cieplarniane warunki. Najważniejsze jest to, by po sześciu latach, kiedy opuszczą seminarium wiedzieli co jest dobre, a co złe. Nie dlatego, że prefekt tak mówił, nie dlatego, że rektor im czegoś zabronił, ale dlatego, że będą mieli kręgosłup na tyle mocny, że sami przejdą przez życie bez szwanku i przeprowadzą innych bezpiecznie. Staną w obliczu różnych sytuacji, pokus, okazji i już nikt nad nimi nie będzie stał, będą panami swojego czasu, ale chodzi o to, by sześć lat nauki przygotowało ich do życia w kapłaństwie.

Andrzej_Dębski (fot. Andrzej Petelski)Spotykasz się z młodymi ludźmi nie tylko w seminarium, ale też na stadionie piłkarskim jako kapelan Jagiellonii Białystok. Nie wierzę w przypadki, w związku z tym nie wierzę też w to, że przypadkiem zostałeś kapelanem akurat tego klubu, któremu od dawna kibicowałeś.

Tak, to jest taki „bonus” od Pana Boga. Jako młody chłopak przychodziłem na mecze Jagiellonii i to było dla mnie coś niesamowitego. Kiedy widziałem z daleka jakiegoś piłkarza, tak bardzo chciałem zdobyć jego autograf, a po latach Pan Bóg dał mi możliwość zostania kapelanem tego klubu.

Władze klubu zwróciły się do arcybiskupa z prośbą o wyznaczenie kapelana, który mógłby zająć się drużyną, być z nią w różnych momentach. Ksiądz arcybiskup znał moje upodobanie do oglądania meczów Jagiellonii i wydał odpowiedni dekret. To jest niesamowite, że mogę łączyć swoją pasję z wykonywanymi obowiązkami.

Wiesz jaka jest obiegowa opinia na temat piłkarzy? Że to są ludzie próżni, dla których liczy się tylko sława i pieniądze. Większości osób chyba nawet do głowy nie przyjdzie, że mogą mieć jakieś potrzeby duchowe. Ty w ogóle masz co robić w tym klubie?

Piłkarze bardzo mnie zaskoczyli swoimi potrzebami, swoją chęcią rozmowy. Pomijam te sytuacje wyjątkowe, jak przygotowanie do sakramentów czy ich udzielanie, ale taka zwykła chęć porozmawiania. Ktoś coś przeczyta – chce się tym podzielić, chce się wyspowiadać – dla mnie było to olbrzymie zaskoczenie. Przez kilka lat pracowałem w parafii, na terenie której wielu piłkarzy wynajmowało mieszkania. Widziałem ich na mszy nie tylko w niedzielę, ale także w dni powszednie.

Oni Cię traktują jak przyjaciela, kumpla czy może jest między wami dystans, wynikający z faktu, że jesteś księdzem?

Kiedy rozmawiamy o wyniku meczu, o kontuzjach, traktują mnie jak „swojego”, ale czuję, że kiedy występuję pośród nich jako ksiądz, w takich sytuacjach jak np. dzielenie się opłatkiem, to – mimo, że nie musimy stwarzać żadnych barier, bo z wieloma z nich jestem po imieniu – zawsze mówią „proszę księdza”.

Trener Michał Probierz nie odbiera ode mnie inaczej telefonu jak tylko słowami „Szczęść Boże”, mimo że znamy się bardzo dobrze, lubimy ze sobą rozmawiać, wymieniamy się spostrzeżeniami czy też książkami. To jest bardzo miłe, że umiemy rozgraniczyć koleżeństwo i tę sferę oficjalną.

Sam uprawiasz jakiś sport?

Oczywiście, gram w piłkę nożną i biegam. Bieganiem zaraziłem się trzy lata temu, najpierw były to takie niewinne przebieżki dla utraty zbędnych kilogramów. Wciągnęło mnie to bardzo, a jest to sport mało inwazyjny, niesamowicie przyjemny, jest formą relaksu. Gdy biegnę,  czuję wolność. Biegając można też zwiedzić wiele ciekawych miejsc i to mnie zachęciło do startu najpierw w drobnych zawodach, później w większych.

Andrzej_Dębski_korona_maratonów_polskich (fot. Andrzej Petelski)Czyli z hobby bieganie przerodziło się w coś poważniejszego?

To cały czas jest hobby. Nie zrobiłem z biegania bożka, który jest najważniejszy. To jest uzupełnienie mojego życia, natomiast dostałem bardzo dużo takich bodźców, żeby biegać częściej i dłużej. Przebiegłem najpierw półmaraton, następnie maraton. Dowiedziałem się, że jest Korona Maratonów Polskich, czyli maratony w pięciu miastach i w ciągu półtora roku przebiegłem maraton we Wrocławiu, w Warszawie, w Krakowie, w Dębnie i w Poznaniu.

Mówi się, że „apetyt rośnie w miarę jedzenia”. Mam wrażenie, że w Twoim przypadku na Koronie Maratonów Polskich się nie skończy.

Korona Maratonów Polskich to nie wszystko, co można w bieganiu osiągnąć, są jeszcze światowe zawody – World Marathon Majors, czyli maratony w: Berlinie, Londynie, Nowym Jorku, Chicago, Bostonie i Tokio. Ci którzy mnie znają uśmiechają się tylko, bo wiedzą, że zmierzę się i z tym wyzwaniem, a pewnie i kiedyś je osiągnę.

Jesteś ambitnym człowiekiem.

Jestem zadaniowcem, jeżeli wyznaczę sobie jakiś cel, który chcę zrealizować, to postępuję w myśl powiedzenia „cała naprzód”. Jeżeli uznam, że coś jest wartościowe, to idę za tym na sto procent.

„Po trupach do celu”?

Nie. Absolutnie, „po trupach do celu” nie można iść. Chodzi o to, że w przypadku biegania warto wyznaczać sobie kolejne cele, podwyższać poprzeczkę.

Bardzo się cieszę, kiedy widzę ludzi, którzy zaczęli biegać później ode mnie. Bardzo lubię z nimi rozmawiać, oni przekazują mi swoje uwagi, a ja czuję się młodszy, bo pamiętam jak rok czy dwa lata temu czułem dokładnie to samo. Mimo, że jesteśmy innymi ludźmi, oni dochodzą do tych samych prawd, do których ja doszedłem wcześniej. Oczywiście bardzo też lubię podglądać tych lepszych ode mnie, którzy biegają już dłużej i podpatrując ich uczę się.

Cieszę się także, gdy widzę biegających ludzi, niektórych troszeczkę otyłych, ale mimo wszystko, ruszających się, stawiających sobie jakiś cel. Niech to będą np. pierwsze zawody – na 5 czy 10 km, zawsze jest to jakaś rywalizacja, dawka adrenaliny. A mężczyzna jest o tyle mężczyzną, o ile walczy. Jeżeli nie walczy, to nie jest mężczyzną i gubi się sens i porządek jego życia.

Bieganie to pokonywanie samego siebie?

Oczywiście, że tak. Wiele razy, gdy wyznaczyłem sobie jakąś dłuższą trasę – 18 czy 20 km, biegłem sam w czasie treningu, przychodziła taka pokusa po 9 km, żeby zakończyć bieg. W tym momencie rozpoczyna się walka nie tyle z bólem fizycznym, co walka w głowie, ze samym sobą – ja muszę osiągnąć cel, który sobie wyznaczyłem.

Czego Cię nauczyło bieganie?

Przede wszystkim wytrwałości i konsekwencji. Jeżeli patrzę realnie i wiem, że mogę coś osiągnąć, to  zrobię to. Każdy trening – w deszczu, w śniegu, w mrozie – uczy właśnie wytrwałości.  Lepiej przebiec nawet kilometr niż siedzieć w tym czasie przed telewizorem.

Jesteś bardzo aktywnym człowiekiem, pełnisz mnóstwo funkcji.  Jesteś rzecznikiem prasowym białostockiej kurii,  prefektem i wykładowcą w seminarium, prowadzisz program telewizyjny, biegasz, jesteś kapelanem klubu sportowego – jak znajdujesz czas na to wszystko?

Wszystko jest kwestią dobrej organizacji. Nie chcę, żeby to zabrzmiało zuchwale, ale ktoś, kto mówi „Nie mam czasu”, powinien powiedzieć „Nie potrafię zorganizować swojego czasu”. Ja dużo rzeczy układam sobie w głowie w czasie biegu, kiedy mam czas dla siebie. Gdy wiem, że mam jakieś kazanie, wystąpienie, spotkanie, właśnie wtedy układam sobie punkty – co mam powiedzieć, jak mam to zrobić, jak mam zagospodarować czas. A bardzo lubię panować nad swoim czasem.

A  jak, oprócz tego, że biegasz, spędzasz wolny czas?

W kinie, czytając książki. Nie ma tygodnia, żebym nie przeczytał jakiejś pozycji. Czytam dużo, a bardzo lubię biografie. W seminarium duchownym wykładam teologię dogmatyczną, ale wykładam też wprowadzenie w chrześcijaństwo – to taki przedmiot, który mówi nam jak teologia się kształtowała w historii. Co roku na wstępnych wykładach, przestrzegam kleryków przed błędem ahistoryzmu, to znaczy żeby nie interpretować tego, co miało miejsce np. 500 lat temu przez pryzmat tego, co wiemy dzisiaj. Lubię czytać biografie, dlatego, że tam wydobywa się to, jak ludzie żyli, jakie mieli oczekiwania i pragnienia. Biografie są cenne, ponieważ dają nam możliwość uczenia się na cudzych błędach.

A co oglądasz?

Oglądam mecze polskiej Ekstraklasy, Ligi Mistrzów i ligi włoskiej. Bardzo też lubię filmy.

Jakie?

Różne. Lubię filmy sensacyjne, filmy szpiegowskie. Nie oglądam polskich komedii.

Pięknie opowiadasz o swoim życiu, z niesamowitym optymizmem i uśmiechem. Gdy na Ciebie patrzę i słucham tego, co mówisz, mam wrażenie, że czujesz się człowiekiem spełnionym.

Ja naprawdę tak się czuję. Czytałem ostatnio wypowiedź jakiegoś człowieka, który zapytany o to, czy ma marzenia, odpowiedział, że nie ma marzeń, bo je realizuje. Powiem szczerze, że ja też nie mam marzeń, ponieważ je realizuję. Tak więc jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem.

foto: Andrzej Petelski – Studio Photographus 

Andrzej_Dębski_rozmowa (fot. Andrzej Petelski)

Join the discussion

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *