Marcin Siegieńczuk

marcin_siegienczuk

MARCIN SIEGIEŃCZUK o sobie… nie napisał nic, więc jestem zmuszona uczynić to za niego.

Białostoczanin, chłopak z osiedla Bema, założyciel, doskonale znanego fanom muzyki disco-polo, zespołu Toples.  Pisze teksty, tworzy muzykę, prowadzi programy telewizyjne, jest instruktorem karate (sam również startuje w zawodach) oraz certyfikowanym kręgarzem. Prywatnie szczęśliwy mąż Dominiki oraz tata Nikodema i Nataniela.

Na spotkanie przyjechał… nie, nie BMW, ale rowerem. W krótkich spodenkach i sportowej bluzie wyglądał raczej jak chłopak, mieszkający po sąsiedzku, aniżeli gwiazda disco-polo. Spokojny, opanowany, kulturalny i… niezwykle uważny. Zaskoczył mnie swoją normalnością (ani śladu gwiazdorstwa), otwartością i tym, że nie ma wątpliwości, co jest w jego życiu najważniejsze.

okiemwariata.com: Pamiętasz ten moment, kiedy muzyka disco-polo pojawiła się w Twoim życiu?

Marcin Siegieńczuk: To chyba każdy pamięta – kiedy w telewizji Polsat pojawiły się programy, poświęcone disco-polo, w życiu każdego Polaka pojawiła się ta muzyka, nawet jeśli tego nie chciał.

Zapytałam Cię o ten konkretny moment, ponieważ w jednym z wywiadów powiedziałeś: „Byłem rozrabiaką i prawdopodobnie muzyka uratowała mi życie”.

Uratowała mi życie, no jasne, że tak. Wiesz, ja mieszkałem na Bema w Białymstoku – to takie osiedle dość „grzecznych” chłopców, ale zawsze czułem w sobie pociąg do muzyki, niekoniecznie może disco-polo. Zacząłem śpiewać na weselach, z czasem zobaczyłem, że można też z tego żyć.

Ile miałeś lat, kiedy zacząłeś śpiewać?

Szesnaście.

Ale słyszałam, że nie wiązałeś swojej przyszłości z muzyką. Podobno miałeś być wojskowym?

Miałem jechać na egzamin do szkoły we Wrocławiu, do ZMECH-u, miałem już nawet złożone dokumenty. Ostatecznie nie pojechałem, ponieważ w dniu egzaminu nagrywaliśmy pierwszy teledysk do piosenki „Przestań kłamać mała” – zamiast do Wrocławia, pojechałem nad morze, do Gdyni. Ta piosenka pojawiła się później w programie „Disco Relax” i tak właśnie ruszył ten pociąg.

Czyli, krótko mówiąc, muzyka wygrała z wojskiem.

Tak i na początku rzeczywiście czułem, że nie zrealizowałem swojego pragnienia, by zostać żołnierzem, ale w tej chwili już nie żałuję.

A co Cię tak pociągało w tej muzyce?

Ja już w przedszkolu i w żłobku bawiłem się w różnego rodzaju festiwale, wszędzie byłem pierwszy do śpiewania. W szkole podstawowej na apelach i we wszystkich przedstawieniach grałem „pierwsze skrzypce”, więc cały czas ciągnęło mnie na scenę. W końcu ta pasja wypleniła ze mnie żołnierza.

Sukces pojawił się w Twoim życiu bardzo wcześnie, miałeś wówczas dziewiętnaście lat. Był moment zachłyśnięcia się tym światem?

Był, jasne że był.

No i?

No i przeżyłem na szczęście. Nie udusiłem się, nie udławiłem się tym.

Marcin Kącki w książce „Białystok. Biała siła, czarna pamięć” napisał o Tobie, że jesteś fanem punk rocka..

Tak, to prawda.

…a w domu słuchasz Mozarta i Straussa. To dlaczego zamiast np. założyć zespół rockowy, poszedłeś w kierunku muzyki disco-polo?

Bo jestem z Białegostoku, a będąc stąd, trudno jest się wybić, grając muzykę rockową. Kiedyś pewni  znani muzycy z Lublina powiedzieli mi: „Jesteś z Białegostoku, więc trzymaj się disco-polo”. Tak to wygląda.

marcin-siegienczuk-2
Marcin Siegieńczuk/fot. Paweł Tadejko

Porozmawiajmy chwilę o tekstach. Dla mnie słowo ma bardzo duże znaczenie, a o piosenkach  disco-polo bardzo często mówi się, że są głupie. Ja, przygotowując się do tej rozmowy, słuchałam Twoich utworów – rzeczywiście niektóre były dla mnie pozytywnym zaskoczeniem, ale jednak w tej obiegowej opinii jest sporo racji. Jeżeli trafiam na kolejną piosenkę, która mówi o – wybacz kolokwializm – „zaliczaniu lasek”, to co ja mogę myśleć na ten temat?

Kiedy ktoś mnie pyta czy wstydzę się piosenek disco-polo, odpowiadam wprost – nie wstydzę się za siebie, nie wstydzę się swoich tekstów, ponieważ ja nad swoimi piosenkami – wbrew temu, co ludzie myślą – bardzo długo pracuję.

To ile czasu pracowałeś nad piosenką „Yabadabadoo”?

Tak naprawdę temat podrzucił mi tancerz, z którym występuję. Powiedział mi: „Wiesz, ty za bardzo wnikasz w te teksty. Napisałbyś jakąś taką piosenkę na na na, yabadabadoo itd.”.  W pierwszej chwili pokazałem mu puknięcie w czoło i odpowiedziałem, że chyba będziemy musieli się pożegnać, ale po jakimś czasie, przesłuchując utwory, które zdobywają uznanie słuchających i biorąc pod uwagę fakt, że mój tancerz jest troszeczkę młodszy ode mnie, doszedłem do wniosku, że on jednak wie, co mówi. Widzi, w jakim kierunku zmierza ta muzyka, bardziej to czuje. Pomyślałem sobie: „Dobra, skoro yabadabadoo, to lecimy dosłownie”. Zacząłem szukać rymów i jakoś poszło – nad tym akurat zbyt długo się nie zastanawiałem.

Piosenki disco-polo w tej chwili pisze się w taki sposób, by nawiązywały do zwierzęcych instynktów. Rymy są proste, czyli jak „kocham Ciebie”, to „jest mi jak w niebie”. Boli mnie to, ale zauważ, że w tym wyścigu do hitu wygrywają właśnie takie utwory.

Z czego to wynika, że te mało wymagające intelektualnie piosenki stają się hitami?

To wynika z tego, że ludzie nie czytają książek. Nawet artykuł w Internecie, długi na tyle, że żeby go przeczytać, trzeba kliknąć „dalej”, ludzie pomijają. Liczy się duży nagłówek, najlepiej atrakcyjny np. mówiący o tym, że kogoś zabili, zgwałcili, że jest jakaś tragedia – to przyciąga czytelnika. Ludzie nie chcą czytać o rzeczach pięknych, nie chcą rozmawiać o czymś pięknym, o czymś, co ma jakąś wartość, sens. I nie mówię tu tylko o odbiorcach muzyki disco-polo.

Tempo, w jakim żyjemy, sprawia, że nie zwracamy uwagi na piękno, które nas otacza. To media wyznaczają taki trend – mówią nam jak mamy postrzegać rzeczywistość.

Ale w tym momencie zaczynamy się zapętlać – z jednej strony mówisz o kreowaniu przez media takiej, a nie innej rzeczywistości, ale przecież to Ty robisz ten niezbyt ambitny hit, który media emitują po to, żeby się podobał ludziom. Ty z kolei masz z tego pieniądze…

Mam ciśnienie od wydawcy, ale mam bardzo dużo piosenek na koncie, które przekazują jakieś wartości. Ostatnio napisałem piosenkę „Brak mi Ciebie, tęsknię”, czyli nie wpisuje się w trend, bo nie jest o dupach, cyckach i o bzykaniu. Tekst tej piosenki brzmi tak:

Gdybym miał opisać prostymi słowami jak się teraz czuję,

Jak walczę z myślami, miary mego bólu i żalu nie zliczę,

Jam wyjącym wilkiem, Ty natomiast księżycem.

Wyję, a nie płaczę, jak to zwierzę właśnie,

Z każdą chwilą obraz ten widzę wyraźniej,

Nocą Twoje imię szepczę przed snem,

Jak mantrę powtarzam to, gdy wstaje dzień.

Gdybyś to zapisał na kartce, to pewnie uznałabym, że to jakiś wiersz.

Bo niektóre z moich piosenek są jak wiersze.

Jesteś poetą?

Tylko zszedłem na złą drogę (śmiech). Piszę też wiersze, ale do szuflady, choć zdarza się, że niektóre frazy wykorzystuję w piosenkach. Tyle, że te akurat utwory nie cieszą się aż taką popularnością, ponieważ tu jest za dużo słów. To jest tak, jakby wodospad słów spadł na człowieka, który nie jest na to przygotowany.

Ok., rozumiem. Robisz coś, bo masy tego potrzebują, ale jesteś też tym, którego ludzie słuchają, więc masz szansę coś zmienić. Kto ma kształtować gusta odbiorców, jak nie Ci, którzy mają posłuch?

Jak dotrzeć do ludzi, którzy nie chcą słuchać piosenek, mających jakąś wartość? Musisz najpierw wejść w ich umysł.

Najpierw robisz hit, a dopiero później przemycasz na płycie coś wartościowego?

Jestem na rynku już prawie dwadzieścia lat i mam nagranych dużo płyt. Jeśli robię bardzo prosty hit, który wszyscy chwytają, to zaczynają szukać czegoś więcej, zaczynają grzebać w mojej historii i wynajdują perełki, które kiedyś nie zostały docenione. Wtedy można dyktować trend.

Z nurtem rzeki płyną tylko śnięte ryby, więc zawsze idę pod prąd. Oczywiście z komercyjnego punktu widzenia nie jest to zbyt mądre, ale pamiętam czasy, gdy to ja dyktowałem trendy – ludzie mieli w sobie wtedy więcej wrażliwości. Dziś ludzie nie potrzebują emocji , potrzebują „mięsa”. I te piosenki, które powstają w tej chwili, to jest właśnie takie „tanie mięso”.

Jestem realistą, twardo stąpam po ziemi. Kiedy śpię – jestem wysoko w chmurach, gdy się budzę – wiem, gdzie jest moje miejsce.

marcin-siegienczuk-3
Rozmowa z Marcinem Siegieńczukiem/fot. Paweł Tadejko

Podręczę Cię jeszcze chwilę pytaniami o te teksty. Przyznałeś kiedyś, że te, które piszesz są prawdziwe, ponieważ często opierasz się na swoich własnych doświadczeniach.

Mówię o tych, które niosą za sobą jakiś przekaz, nie mówię o tych komercyjnych piosenkach typu właśnie „Yabadabadoo”, bo to jest tylko i wyłącznie rozrywka.

Ale kiedy człowiek wsłuchuje się w to, o czym śpiewasz, to oprócz pięknych historii o miłości pojawiają się te, wskazujące na to, że byłeś niezłym podrywaczem…

Rzeczywiście byłem. „Mówią na mnie kochaś” – ten tekst nie pojawił się znikąd. Otwarcie się do tego przyznaję – ja się wyszumiałem po prostu i te piosenki mówiły o tym, co w danej chwili robiłem i co kierowało moim życiem.

Był okres, gdy miałem lat 19-21, to był okres studiów. Szalałem wówczas. Miałem łatwość nawiązywania kontaktów, pomagało mi to, że pokazywałem się w ogólnopolskiej telewizji. Wtedy Internet nie był tak popularny. Dziś każdego artystę możesz znaleźć na You Tube i obejrzeć jak kolegę ze szkoły, który nagrywa filmiki. Wtedy, żeby zobaczyć tego wykonawcę, którego chciałeś, musiałeś poczekać do czasu emisji konkretnego programu.

Nie uważam, żeby ludzie występujący w telewizji byli autorytetami, ale spora część społeczeństwa wychodzi z założenia, że skoro kogoś pokazują w telewizji, to musi być ktoś lepszy. Wtedy przynajmniej tak było – uważano, że to dowód na to, że coś się temu artyście udało. Teraz to wszystko jest miałkie, ale kiedyś rzeczywiście był to wyznacznik sukcesu.

Był więc moment, kiedy się bardzo dobrze bawiłeś, ale teraz jesteś mężem Dominiki, ojcem dwóch synów – Nikodema i Nataniela. Z kochasia przeistoczyłeś się w statecznego ojca rodziny?

Tak, teraz kochaś ma tylko jeden cel – wychować swoich synów na normalnych ludzi.

Jak Ty się w ogóle czujesz w roli rodzica?

Kiedy urodził się mój pierwszy syn, miałem 26 lat. To było niesamowite uczucie – jakbym widział część siebie. Nie rozumiem rodziców, którzy porzucają swoje dzieci lub robią im krzywdę, przecież to tak jakby krzywdzić samego siebie. Kiedy patrzę na swoje dziecko, czuję jakby ono było przedłużeniem mojego ciała. Codziennie mówię swoim dzieciom, że je kocham, staram się spędzać z nimi jak najwięcej czasu.

Mając 26 lat musiałem z młodzieńca przeistoczyć się w mężczyznę odpowiedzialnego za drugiego człowieka. Już nie mogłem sobie tak po prostu wyjść, bo zamykając drzwi,  miałem w głowie myśl, że moim obowiązkiem jest opieka nad moim dzieckiem, zaspokojenie jego potrzeb, rozmowa z nim, okazanie mu miłości, dbałość o jego rozwój i to trochę mi wtedy ciążyło. Musiałem się tego rodzicielstwa nauczyć.

Kiedy urodził mi się drugi syn, po 30. roku życia, mogę powiedzieć, że byłem na to rodzicielstwo przygotowany. Na pojawienie się pierwszego dziecka nie byłem przygotowany, to był taki trochę „klaps”, który mnie mocno wyprostował.

Chciałabym jeszcze na chwilę wrócić do Twojej żony – co tak wyjątkowego  jest w tej kobiecie, że dla niej zmieniłeś swój tryb życia?

Po prostu się w niej zakochałem. To nie była osoba spod sceny. To była kobieta, o którą musiałem się postarać. Spodobała mi się bardzo, dwa lata za nią chodziłem na studiach, choć ona o tym nie wiedziała.  Koleżanki opowiadały jej jaki jestem i muszę przyznać, że sporo prawdy w tym było, na szczęście ich nie posłuchała. I kiedy już się poznaliśmy, to ja musiałem o nią zabiegać.

Wiesz, ludzie się mogą zmienić pod wpływem innej osoby, pod wpływem uczucia.

Zdarzają się Wam chwile zazdrości?

Moja żona ma do mnie pretensje, że nie jestem o nią zazdrosny, a ja odpowiadam jej wprost, że nie chciałaby widzieć mojej zazdrości, bo mogłaby się zdarzyć jakaś tragedia.

Mamy do siebie zaufanie. Jeśli ktoś chce zdradzić, to i tak zdradzi. Ujmując rzecz obrazowo – jeśli masz zajebiste obiady w domu, to nie jesz na mieście.

Kiedy przekraczasz próg domu, to pracę zostawiasz za drzwiami?

Było kiedyś  tak, że telefon cały czas był włączony, 24 godziny na dobę, bo będzie jakiś koncert, bo będzie jakieś zlecenie, trzeba być cały czas w gotowości – przecież prowadzę swoją działalność gospodarczą, więc nie mam co miesiąc wypłaty z urzędu. Był nawet taki okres, że nie wyjeżdżaliśmy z żoną na wakacje za granicę, odpoczywaliśmy jedynie w Polsce, ze względu na moją pracę.

W tej chwili uważam, że to był błąd. To jest tak, że gonisz za pieniądzem, tak jak pies goni za kotem. Ten kot zawsze ucieka, a ten pies zawsze go goni. W końcu ja, który goniłem za pieniądzem, postanowiłem odpuścić. Wtedy, paradoksalnie, choć nie było już tyle zleceń muzycznych, co dawniej, zaczęły się pojawiać inne możliwości rozwoju i zarobienia tych pieniędzy.

W tej chwili jest tak, że jest okres, gdy zarabiamy, skupiamy się na produkcji i koncertach, a jest okres, gdy całkowicie poświęcamy się rodzinie. To jest w tej chwili najważniejsze, że ja będę mieć  piękne wspomnienia ze swoimi dziećmi i te dzieci będą miały wspomnienia z tatą.

Wczoraj na przykład poszliśmy puszczać latawce i radość na twarzy młodszego syna, który pierwszy raz trzymał w rękach linkę wznoszącego się latawca, to było coś, czego nie można kupić.

Tak całkiem życia prywatnego od zawodowego jednak nie rozdzielasz, bo Twoja żona występuje przecież w Twoich teledyskach…

Piosenki o miłości piszę dla swojej żony, ona jest moją inspiracją.  Jeśli może wystąpić w takim teledysku, to on jest po prostu prawdziwy. Mogę się wówczas naturalnie zachowywać na planie, nie muszę grać. Wtedy widać o czym ja śpiewam.

Jeśli to jest osoba z zewnątrz, której się płaci za występ, ja też wtedy gram i to się czuje, to jest nieprawdziwe. Z żoną czuję się swobodnie, możemy nawet całować się na planie i jest to naturalne, i całkowicie akceptowalne. Nie jestem aktorem, więc gdybym miał się całować z kim innym, pewnie nie wyglądałoby to przekonująca, a mogłoby też negatywnie wpłynąć na mój związek.

Ano właśnie! Życie artysty estradowego nie sprzyja budowaniu trwałych relacji, ale Tobie się udało, więc jaka jest recepta na sukces?

Odstawić alkohol. Tam, gdzie jest alkohol i dobra zabawa, pojawiają się różne pokusy.  Poza tym show-biznes i muzyka to nie są priorytety w moim życiu. Ja zanim „poślubiłem” muzykę, uprawiałem karate i mogę powiedzieć, że to sport kształtuje charakter. Jeżeli oddasz się jakiejś pasji i to ona dyktuje harmonogram Twojego działania, to też przenosi się na inne dziedziny życia. Sport pomaga podjąć decyzję, w której jesteś w stanie wytrwać. Moja decyzja polegała na tym, że odstawiłem zupełnie alkohol – nie piję. Dopiero wtedy widzisz ilu miałeś przyjaciół, a ilu wokół jest pasożytów, którzy żerowali na tobie.

marcin-siegienczuk-4
Rozmowa z Marcinem Siegieńczukiem/fot. Paweł Tadejko

Czego Cię sport nauczył?

Samodyscypliny i tego, że do sukcesu nie ma windy, do sukcesu prowadzą schody. Tych schodów nie masz, dopóki sam ich sobie nie zbudujesz, więc każdy stopień musisz wymurować. Od ciebie zależy jakich użyjesz materiałów do ich budowy, jak je zaprojektujesz i jak je wykonasz – czy po tym sukcesie będziesz mógł łatwo zejść, czy nagle, gdy spojrzysz za siebie, to zobaczysz, że schody się rozsypały.

Sukces nie trwa wiecznie, sukces to jest chwila. Kiedy widzisz, że osiągnąłeś sukces, to albo wyznaczasz sobie kolejny cel i budujesz dalej, albo mówisz: „Stop. Osiągnąłem wszystko. Teraz to ja będę żył”, choć apetyt rośnie w miarę jedzenia.

Jesteś tą osobą, która wspina się coraz wyżej?

Ja wychodzę z założenia, że lepiej żyć na średnim poziomie i łyżeczką pić z wiaderka niż wylać cały napój na siebie i potem być spragnionym. Cały czas smakuję życie takimi małymi porcjami.

Wspomniałeś, że sport pojawił się w Twoim życiu wcześniej niż muzyka, ale też przyznałeś, że nie uratowało Cię to przed zachłyśnięciem się sukcesem w pierwszej chwili.

To prawda i karate faktycznie zostało odstawione na boczny tor. Żyłem wówczas bardzo szybko i brakowało mi czasu na regularne uprawianie sportu. Oczywiście starałem się utrzymywać dobrą kondycję, ale przestałem zdawać egzaminy, przestałem startować w turniejach.

Ale dziś jesteś instruktorem, wzorem dla młodych ludzi, którzy przychodzą do Ciebie na zajęcia.

Dzięki temu, że wciąż startuję, mój sukces nie jest tylko legendą. Gdy jeżdżę na turnieje, najpierw występują moi podopieczni, później ja mogę zaprezentować swoje umiejętności – dzieci to widzą.

Rozmowa z Marcinem Siegieńczukiem/fot. Paweł Tadejko
Rozmowa z Marcinem Siegieńczukiem/fot. Paweł Tadejko

Wykonawcy muzyki disco-polo mają rzesze odbiorców, dlaczego ludzie wstydzą się tego, że słuchają tej muzyki? Udają, że nie mają pojęcia o czym mowa, po czym nagle np. na koncercie podczas Juwenaliów, śpiewają wszystkie piosenki…

To jest standard.

Ale z czego ten wstyd wynika?

Polacy są zakompleksieni. To jest prosta muzyka, łatwo wpadająca w ucho, jest to polska muzyka, a my często myślimy, że nawet jeśli coś nam się podoba, ale jest polskie, to znaczy, że jest gorsze.

Jak już wspominałem, nie wstydzę się swoich tekstów, na temat innych wolałbym się nie wypowiadać. Prowadziłem swego czasu program „Profesorre Topla Lala”, emitowany w telewizji POLO TV, gdzie albo „klepałem kogoś po plecach”, albo „dawałem klapsa” za błędy stylistyczne w tekstach piosenek. Był to co prawda program satyryczny, ale udawało mi się w nim przemycić informację o tym, czego w tej muzyce być nie powinno.

A jak się zapatrują Twoi koledzy z branży na to, że głośno mówisz o tym, iż to nie jest szczególnie ambitna muzyka?

Ja zdaję sobie sprawę z tego, że nie mam przyjaciół w tej branży. Ludzie nie akceptują tych, którzy mówią prawdę. Kilka razy ktoś puszczał mi swój utwór albo zapraszał na występ, po czym pytał co o tym myślę. O czym mam z nim rozmawiać? Utwierdzać go w przekonaniu, że super śpiewa, podczas gdy wszystko poleciało z playbacku?

To znaczy, że odcinasz się od tego środowiska?

Nie, po prostu nie szukam w tej branży przyjaciół, ponieważ wiem, że każdy dba przede wszystkim o swój interes. Kiedyś przeczytałem taką myśl, że inteligentni ludzie – a uważam się za takiego – mają mało przyjaciół, ale to wybór, którego dokonałem z premedytacją, ponieważ 90% ludzi, których spotykasz na swojej drodze, to ludzie fałszywi. Niewielu jest takich, którym możesz zaufać. Poza tym „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie” to nie jest moje hasło. Uważam, że prawdziwych przyjaciół poznaje się po tym, jak potrafią się cieszyć twoim sukcesem.

Jesteś człowiekiem nieufnym?

Życie nauczyło mnie przede wszystkim asertywności. Jeśli chodzi o zaufanie, to nie zdobywa się go od razu. To, co spotyka człowieka, wpływa na to w jakim stopniu jest otwarty na innych. Kiedyś byłem człowiekiem bardzo otwartym, ale różnego rodzaju doświadczenia m. in. związane z branżą muzyczną sprawiły, że dziś niezwykle ostrożnie dobieram ludzi, z którymi pracuję. I to jest chyba sposób na spokojne życie.

Kiedy patrzy się na listę Twoich aktywności, jest tego całkiem sporo: piszesz teksty, tworzysz muzykę, prowadzisz programy telewizyjne, jesteś instruktorem karate, sam również startujesz w zawodach, a wyczytałam też, że jesteś certyfikowanym kręgarzem.

Skończyłem taki kurs masażu, miękkiej terapii kręgosłupa i to mi bardzo pomaga. Jeżeli jest taka potrzeba, to w rodzinie masuję. Medycyna konwencjonalna leczy skutek, nie szuka przyczyny, a większość naszych schorzeń zaczyna się od kręgosłupa.

Więc jeśli ktoś będzie potrzebował pomocy, to jesteś w stanie jej udzielić?

Staram się i staram się też kształcić w tym kierunku.

Masz jeszcze jakieś pozamuzyczne zainteresowania?

Bardzo mnie pociąga kultura Dalekiego Wschodu. Dwa lata uczyłem się języka japońskiego. Przerwałem, gdy okazało się, że moja żona jest w ciąży i trzeba było zacząć funkcjonować w nieco innym trybie, ale wrócę do tego.

Uwielbiam psy. Mamy suczkę rasy yorkshire terrier, ale wcześniej miałem owczarka niemieckiego i śmiało mogę powiedzieć, że to był mój prawdziwy przyjaciel. Niestety, odszedł dwa lata temu.

Wychodzi na to, że jesteś wrażliwcem, piszesz wiersze, starasz się pomagać innym i kochasz zwierzęta…

Nie przepadam za kotami.

Może jeszcze nie trafiłeś na takiego, z którym byś się „dogadał”?

Nie. Widzisz to jest tak, że ja mam psa, a kot ma pana. To kot rządzi w domu, a ja lubię być przywódcą stada. Ciężko mi jest podporządkować się grupie, a nawet jeśli to zrobię, to moim celem jest bycie na szczycie, bycie przywódcą.

Wiem, że lubisz podróżować. Czy jest takie miejsce, które jest dla Ciebie szczególnie ważne, do którego lubisz wracać?

Miejscem, do którego najchętniej wracam jest mój dom. To moje gniazdo, w którym czuję się najlepiej. Mieszkam tam od urodzenia, wyremontowałem swój rodzinny dom i mam nadzieję, że już się stamtąd nie ruszę.

Jak wyobrażasz sobie swoje życie za 20 lat?

Pewnie nie będę miał połowy włosów, bo już zaczynają się sypać (śmiech), ale z tym nie mam żadnego problemu – ogolę się na łyso. A tak poważnie to mam nadzieję, że zbyt wiele się nie zmieni, moi synowie będą dorośli… Wiesz, ja jestem spełnionym człowiekiem. Mam kochającą rodzinę, mogę widzieć uśmiech na ich twarzach. To jest prawdziwy sukces.

fot. Paweł Tadejko
Zdjęcia zostały wykonane w Restauracji Kawelin w Białymstoku.
Z Marcinem Siegieńczukiem/fot. Paweł Tadejko
Z Marcinem Siegieńczukiem/fot. Paweł Tadejko

One comment

  • Mądrze prawisz. Też mam synów – trzech- i za żadne skarby nie zamieniłbym ich radości na pieniądze. Choć i te trzeba zarobić, ale nie są warte dziecięcego przytulenia się i wspólnych zabaw. Tak trzymaj. A propos ładne melodie i niezłe teksty tworzysz. Nawet moja żona (ostry krytyk – zawodowy) zgadza się ze mną 🙂

Join the discussion

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *