miodowa

miodowa

Do kawiarni „Miodowa” Jagoda trafiła przypadkiem. Nie takim „przypadkiem” zmyślonym na potrzeby zakochanych nastolatek, godzinami wystających przed knajpą, by zobaczyć swój studencki obiekt uczuć, a w końcu w akcie desperacji konstruującymi ów „przypadek”, by choć przez chwilę dojrzeć bożyszcze brylujące w towarzystwie rozochoconych studentek. Przypadek Jagody był przypadkiem rzeczywistym, bo też inaczej być nie mogło. Jagoda nie była bowiem nastolatką, a i studenci do „Miodowej” chadzali raczej nielicznie, no chyba, że byli to studenci tak zwanych kierunków artystycznych, studiów doktoranckich lub zabłąkane dusze.

Przypadek Jagody zdarzył się latem. Było parno, duszność przywierała do ciała, szczelnie zatykając pory. Kurz wciskał się pod powieki, osiadał na włosach, ubraniach, szybach. Płytki oddech rwał się przy każdym zbyt szybkim kroku, by wreszcie uspokoić się na widok autobusu komunikacji miejskiej, tak szczelnie wypełnionego ludźmi, że jakakolwiek próba wejścia doń, mogłaby się skończyć niekontrolowanym aktem agresji ze strony wsiadającego lub któregoś z podróżujących już pasażerów. Tak więc pozostawał długi spacer przez rozkopaną ulicę Nadziei. I właśnie brnąc przez Nadziei, zamyśloną Jagodę zaskoczyła ulewa. Nie jakaś tam zwykła letnia ulewa. Tego dnia w Niebie, nieuważny Pan Bóg przewrócił wiadro z wodą, którego święty Piotr nie uprzątnął po zmywaniu podłogi. No i stało się. Wylało się wszystko dokładnie na ulicę Nadziei. Pracujący przy remoncie drogi, robotnicy powciskali się w każdą suchą szparę w promieniu stu metrów, czterech w kabinie koparki, siedmiu we wnęce kamienicy, mniej zaradne jednostki przykleiły się do ścian budynków, w miejscach, gdzie zmyślny architekt właśnie na takie okazje stworzył w swej głowie daszek.

Jagoda nie miała gdzie się ukryć, każdy suchy centymetr kwadratowy został już zajęty i jedynym ratunkiem było czmychnięcie w uchylone drzwi kawiarni „Miodowa”. W środku „Miodowa” była rzeczywiście miodowa, chwilami karmelowa, zwłaszcza w słabo oświetlonych kątach, nagłych zagięciach ścian i przykurzonych zakamarkach. Z głośnika sączyła się łagodna muzyka, niepodobna do żadnego ze znanych Jagodzie gatunków, zza baru natomiast spoglądał na Jagodę niepodobny do nikogo właściciel „Miodowej”, powszechnie znany jako Ciemny.

Ciemny nie wydawał się zaskoczony widokiem przemoczonej do suchej nitki trzydziestolatki w drzwiach swojej kawiarni. Ze stoickim spokojem rozejrzał się po, niemal pustej o tej porze, sali w poszukiwaniu kelnerki Małgosi, która jak nikt inny potrafiła się gdzieś zawieruszyć w najmniej spodziewanym momencie. Nie dostrzegając nigdzie długonogiej piękności, wyszedł Ciemny swym krokiem stoika zza baru, zniknął na chwilę w kantorku na zapleczu, po czym pojawił się z ręcznikiem białym jak śnieg, w drobne różowe różyczki i bez słowa podał ów fragment materii Jagodzie.

Ręcznik Jagoda przyjęła z wdzięcznością, zanurzając go z przyjemnością w długich, blond włosach. Niebieskie oczy z ciemnego kąta, w którym się skryła i znad bieli ręcznika śledziły powolne ruchy Ciemnego. Po kilku minutach przed Jagodą stanęła filiżanka kawy. Waniliowej.

Ale ja nie piję kawy – te słowa Jagoda wypowiedziała na granicy słyszalności, słuch miał jednak Ciemny idealny.

Kawy panienka nie pije? To po co do kawiarni przychodzić?

Bo pada…

Pada… no też dobry powód – stwierdził Ciemny, po czym zabrał ze stołu waniliową kawę i ruszył w kierunku swojej twierdzy za barem.

Jagoda wyjrzała za okno. Spore musiało być to wiadro świętego Piotra, bo niebo wciąż było czarne, a deszcz padał tak intensywnie, że o wyjściu nie mogło być mowy. Choć w „Miodowej” było ciepło, przez ciało przebiegały dreszcze. Siedziała tak niepewnie, bojąc się zamówić herbatę, po tym jak wcześniej odmówiła wypicia kawy. Zaczęła się rozglądać. W kącie, który sobie wybrała wisiały stare fotografie, niektóre pożółkłe i zaplamione, ale oprawione w drewniane ramki. Wstała, by przyjrzeć się im bliżej. Zwłaszcza jedna przykuła jej uwagę – na zdjęciu wóz zaprzężony w dwa konie, wypełniony sianem. Przy wozie mężczyzna w czapce przekrzywionej zawadiacko, obok kobieta ze spiętymi włosami, w długiej, jasnej sukni zapiętej pod szyją. Piękna kobieta. Kosmyki gdzieniegdzie wydarte porządkowi fryzury, nadawały jej twarzy dziwną łagodność, wzrok miała ciepły, dobry, jakby tkliwy, a zarazem uśmiechnięty, gdy tak spoglądała w obiektyw aparatu.

Piękna, prawda? – z zamyślenia wyrwał Jagodę głos Ciemnego. – To moja prababcia.

Tak, piękna… – odpowiedziała niemal szeptem. Dopiero teraz, gdy stał obok, zauważyła ciemną bliznę przecinającą jego twarz od czoła, aż do szyi, biegła tuż przy uchu, jakby ktoś, kto ją zostawił nie chciał, by za bardzo szpeciła. Odwrócił się nagle, wyczuł, że patrzy właśnie tam. Spuściła wzrok… – Przepraszam – wyszeptała.

Herbatę zaparzyłem, czarną z rumem – odrzekł, jakby nie było tej blizny, tego spojrzenia i jej „przepraszam”. – I koc przyniosłem.

Na stoliku stał imbryk, obok filiżanka. Na spodeczku leżały imbirowe ciasteczka, a na krześle wełniany koc. – Dziękuję – to słowo również wyszeptała. Wszystko dzisiaj było jakieś szeptane. Dziwne, że nigdy wcześniej tu nie trafiła. I wszędzie ten spokój… ale jakiś taki inny, jakby podszyty poczuciem bezpieczeństwa, jakby domowy… Czy można tak po prostu, po dwudziestu minutach, poczuć, że to właśnie jest to miejsce? Miejsce właściwe, przynależne nam, przeznaczone? Owinięta w koc, pijąca herbatę z rumem, błogim ciepłem rozlewającą się po ciele, zagryzająca rzeczywistość imbirowym ciastkiem Jagoda, pierwszy raz w życiu poczuła się, jakby była u siebie.

foto: unsplash.com/nashad

 

Join the discussion

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *