Piotr Brysacz

Piotr Brysacz/fot. Maja Witecka

PIOTR BRYSACZ o sobie – Gdy wyjeżdżał z Podlasia, raz obejrzał się za siebie. I to był ten moment, który zdecydował o najbliższych kilkunastu latach: wyjeżdżając, zdać sobie sprawę, że to, co się zostawia, jest rzeczą najważniejszą. Nie zawrócił jednak, ale tęsknił i z tej tęsknoty wzięła się książka wyjaśniająca (poniekąd) tęsknotę – „Patrząc na Wschód. Przestrzeń, człowiek, mistycyzm”. Tęsknić zaczął nieco mniej, gdy spotkał Maję, Kubę i Reksa. Z zawodu dziennikarz, redaktor i wydawca, od 2010 roku związany z białostocką Fundacją Sąsiedzi, która – oprócz działalności wydawniczej – organizuje także Targi Książki w Białymstoku.

 

okiemwariata: Pochodzisz z północno-wschodniej Polski, doskonale znasz te tereny i zamieszkujących je ludzi. W którym kierunku patrzą częściej – na Wschód czy na Zachód?

Piotr Brysacz: Ile oczu, tyle spojrzeń… Nie da się, w moim przekonaniu, na to pytanie odpowiedzieć „zbiorczo”. Jedni chcą, by dajmy na to w Białymstoku było tak, jak na Zachodzie, murują więc, kolorują, kładą marmur, budują gigantyczne, ekskluzywne przejście podziemne z zadętymi wejściami, imitującymi zejście do metra, z rozetami, mozaikami na posadzce i nawet nie wiedzą jak bardzo w tym budowaniu na zachodnią modłę są bliscy zadęciu wschodniemu, bo owo wypasione przejście podziemne bardziej przypomina, biorąc pod uwagę zadęcie i rozmach, moskiewskie metro niż zachodnie przejścia podziemne. A inni w tym samym czasie, w którejś ze wsi położonych wzdłuż granicznej rzeki Świsłocz, czekają na ławeczce na obwoźny sklep, który chleb przywiezie. I gdy wychodzą z domu po ten chleb, to Wschód mają po prawej, a Zachód po lewej, a jak wracają z chlebem – to odwrotnie… To patrzą częściej na Wschód czy na Zachód?

Myślę, że tu chodzi o coś więcej niż o kierunki i patrzenie, chodzi o to, którą część świata ma się w środku, która bardziej nas pociąga. Mnie na pewno prawa strona mapy i Wschód, Jurka, mojego przyjaciela – także, Jędrzeja, z którym pracuję nad książką – również, ale czy na to wpływ ma miejsce, z którego się pochodzi? Nie wiem, bo Jurek jest z Ryboł, a Jędrzej – aż z Wrocławia, choć, prawdę mówiąc, jest coś na rzeczy, bo historia tak karty rozdała, że Wrocław to w jakimś sensie również Wschód, w końcu sporo tam ludzi ze Wschodu po II wojnie światowej się znalazło…

Tylko czy człowiek z Wrocławia może ten Wschód „odczuwać” podobnie jak my – ludzie z Podlasia? Pytam, bo zawsze mi się wydawało, że jesteśmy w tej naszej fascynacji Wschodem nieco inni, że chociażby dzięki bliskości granicy z Białorusią, dzięki konieczności funkcjonowania na pograniczu, mamy coś w rodzaju dodatkowego zmysłu, pozwalającego nam ów Wschód poczuć głębiej, zrozumieć lepiej…

A dlaczego „ten” z Wrocławia nie może podobnie odczuwać jak my? Czy ze względu na bliskość Wschodu mamy jakieś specjalne predyspozycje, by odczuwać ten Wschód bardziej? Chyba nie, tak samo nie jak Polacy, którzy przez sam fakt graniczenia Polski z Rosją, nie stają się automatycznie jakimiś wybitnymi ekspertami od spraw Wschodu. Nie mamy dodatkowego zmysłu odczuwania, mamy szczęście bądź nieszczęście, że Los zdarzył, iż urodziliśmy się tu, a nie gdzie indziej i patrzymy od dzieciństwa na ten, a nie na inny krajobraz. I od nas zależy, czy potraktujemy to jako wartość, czy będziemy się całe życie tego wypierać…

Ale nie możemy, tu na Podlasiu, myśleć o sobie w takich kategoriach, że tylko my mamy monopol na odczuwanie „wschodniej duszy”, bo to, mówiąc krótko nieprawda, w dodatku nieprawda prowadząca w prostej linii do sekty „wiedzących najlepiej i jedynie słusznie wiedzących”. Bo myśląc w ten sposób wykluczamy innych. Czy Maciek Jastrzębski, korespondent Polskiego Radia w Moskwie, gorzej odczuwa Wschód, bo jego rodzinne miasto to Włocławek? Czy opowieść Jacka Hugo-Badera jest mniej „rosyjska” niż mogłaby być, gdyby Bader nie urodził się w Sochaczewie, lecz w Białymstoku? Czy Wacław Radziwinowicz lepiej odczuwałby Wschód, gdyby miał rodzinne związki z Hajnówką, a  nie z Olsztynem?

To Magda Skopek, notabene z Wybrzeża, jeżdżąc do Nieńców na Półwysep Jamalski, opowiadała o takim uczuciu, które jej w tej podróży towarzyszyło; że nam się cały czas wydaje, że tylko u nas czas płynie, a tam, dokąd jedziemy, czas się zatrzymał. Tymczasem „tam” świat też się zmienia, na Półwyspie Jamalskim Nieńcy coraz rzadziej biegają już za stadami renów, bowiem reny mają założone GPS-y, dzięki czemu Nieńcy siedzą wygodnie w czumie i na ekranie komputera obserwują, jak się te stada przemieszczają…

I podobnie jest z Podlasiem… Nam się ciągle wydaje, że poprzez to, że mamy najbliżej do tej granicy ze Wschodem, to mamy monopol na prawdę o tej części świata, nawet tej granicy nie przekraczając. Tymczasem świat się zmienia, ludzie jeżdżą i ta granica już dawno została przekroczona przez ludzi z Sochaczewa, Olsztyna, Bydgoszczy… I nieprzypadkowo to właśnie „oni”, a nie my, z tym niby dodatkowym zmysłem, przywożą z prawej strony mapy opowieści objaśniające tamtą część świata…

Ależ ja nie mówię o podlaskim monopolu na rozumienie Wschodu, nie ma czegoś takiego – tu się zgadzamy. Mówię o fizycznej jego bliskości, której codziennie możemy doświadczać, o tym, że kiedy od dziecka słyszysz „tutejszą mowę”, gdy na co dzień stykasz się z innym postrzeganiem świata, to patrzysz na ten Wschód w zupełnie inny sposób niż „ten” z Wrocławia, Kielc czy Bydgoszczy. Wiesz… ja mam poczucie, że ten Wschód od zawsze jest gdzieś we mnie, że dzięki temu, że jestem stąd – z Podlasia, jest dla mnie czymś naturalnym, co absolutnie nie czyni ze mnie eksperta od Wschodu. Być może ta przestrzeń, która jawi mi się jako wyjątkowa i dająca mi dodatkowe narzędzie do rozumienia Wschodu, w rzeczywistości jest pewnego rodzaju ograniczeniem, być może patrzę na Wschód z perspektywy od dzieciństwa mi narzuconej…

Poza tym zwróciłeś uwagę na niezwykle istotną kwestię, wspomniałeś, że „od nas zależy, czy potraktujemy to jako wartość, czy będziemy się całe życie tego wypierać”. Wielu się wypiera. To znaczy, że mimo widocznej od kilku lat „mody na Wschód”, ten wschodni pierwiastek Podlasia jest postrzegany jako coś gorszego? To kwestia jakichś naszych podlaskich kompleksów?

Ja myślę, że my ten „nasz”, podlaski, Wschód bardzo mitologizujemy i bardzo chcielibyśmy by był taki „inny”, ale czy on taki jest w istocie? Nie wiem… Co do podlaskich kompleksów – znowu: nie da się tak generalizować. Bo co to znaczy: „podlaskie kompleksy”? Kompleksy to kompleksy – wstydzimy się wsi, choć już coraz mniej, pochodzenia z małych, zapyziałych miasteczek, tyle tylko że te miasteczka już dawno przestały być zapyziałe, więc i wstyd jakoś mniejszy… Myślę, że kompleksy są rzeczą uniwersalną, nie ma specyficznie podlaskich. Zawsze znajdzie się ktoś, kto się będzie wstydził, wypierał i zapierał tego, że jest ze ściany wschodniej, będzie tę „skazę” z siebie zdrapywał w wielkomiejskiej warszawce, nie dopuszczając choć przez chwilę myśli, że jej wielkomiejskość – w porównaniu choćby z Moskwą czy Paryżem – jest rzeczą, co tu dużo mówić, nieco dyskusyjną… Ale jakie to ma znaczenie? Czy powoduje, że to Podlasie, które Ty nosisz w sobie, jest dla Ciebie czymś gorszym? Ja uciekam od generalizowania, bo też i nie ma jednego Podlasia danego raz na zawsze. Ja „swoje” noszę w sobie, Ty masz swoje, a ktoś, kto uciekł do warszawki – swoje…

Ty może nie uciekłeś, ale wyjechałeś na drugi koniec Polski. Ta fizyczna odległość zmieniła w jakiś znaczący sposób Twoje postrzeganie Podlasia?

Wyjechałem i nie, zależy jak na to patrzeć… W sensie odległości, tak, rzeczywiście, ale w sensie mentalnym – ja cały czas jestem na Podlasiu. Tu współprowadzę fundację, wydawnictwo, współorganizuję targi książki, prowadzę spotkania, wiem ciągle, w którą stronę do Branickich, a w którą na uniwerek, tu mam przyjaciół, znajomych, sprawy zawodowe… Okazuje się, że nie trzeba wcale być na Podlasiu, by na Podlasiu być. Czy ta odległość coś zmieniła? Tak, myślę, że wiele… To dzięki dystansowi, dzięki odległości zobaczyłem tak naprawdę w pełnej krasie, co zostawiam. To dzięki dystansowi doceniłem to, co za moimi plecami. To paradoks, ale naprawdę tak jest – trzeba ruszyć tyłek, by móc widzieć więcej i by móc docenić miejsce, z którego się wyrusza… Ja już gdzieś o tym pisałem… Z byciem w danym miejscu to jest tak, jakbyś stała tuż przy cerkiewnym parkanie. Z bliska widzisz tylko mur, mur jak mur, opierasz się o mur nosem, widzisz spękania, kamienie, z jakich został ułożony i… nic więcej. A gdy się od muru oddalasz, widzisz, że coś za nim jest, najpierw dostrzegasz cebulaste kopuły cerkwi, potem kolor, ściany, potem zaś całą bryłę, a jak się jeszcze trochę odsuniesz, to widzisz i dziedziniec, park, stare drzewa, ławki przy cerkwi, ogarniasz więcej… Tak też było i z tym moim Podlasiem, gdy się od muru odsunąłem, zobaczyłem więcej…

I co takiego zobaczyłeś, czego będąc na Podlasiu nie dostrzegałeś?

Zyskałem pewność, że to jest moje miejsce na Ziemi i że bez tego miejsca nie potrafię żyć. Że gdy ktoś pytałby mnie: z czym ci się kojarzy muzyka, to pierwsze, co mi do głowy przychodzi, to wschodnie śpiewanie na głosy, że gdy ktoś mówi „rzeka”, to ja widzę Biebrzę, a gdy ktoś mówi „las”, to ja widzę Puszczę Augustowską, a w zasadzie jej konkretny fragment na trasie Augustów – Sejny. Chodzi o takie „sklejenie” ze światem, że słowo „rzeka” oznacza Biebrzę, a słowo „las” Puszczę Augustowską. Jak jesteś na miejscu, to wydaje ci się to oczywiste, dopiero gdy wyjedziesz, to łapiesz się na tym, że to jest głębsze, tkwi gdzieś w tobie, ten krajobraz, z którego wyzwolić się nie sposób… Że w każdej rzece szukasz zakola Biebrzy, a w każdym lesie – Puszczy Augustowskiej. To nie tylko kwestia nazywania świata, ale uświadomienia sobie, że jest taka jego część, bez której nie potrafisz się obejść. Uświadomienie sobie tego było dla mnie moim małym, prywatnym objawieniem, „doukształtowało” mnie, dookreśliło. Dzięki temu wiem, że jestem tym, kogo spotkałem i jedyne, co mam na Pograniczu trwałego, to krajobraz – nie granice, tożsamość, język, narodowość, lecz krajobraz, który mogę zabrać wszędzie pod powiekami… Że ja jestem z niego…

Wspomniałeś o tożsamości, o tym, że na pograniczu nie jest ona czymś trwałym. Z moich obserwacji wynika, że ludzie na Podlasiu często prezentują w tej kwestii skrajnie różne postawy, tzn. jedni głośno deklarują, że są np. Białorusinami, Polakami, Tatarami, inni za wszelką cenę przed tym uciekają, wystarczy im ich „podlaskość” czy „tutejszość”…

Bo na Pograniczu jedyne, co jest pewne, to krajobraz, w którym wzrastasz. Pozostałe rzeczy, takie jak narodowość czy państwo, w którym mieszkasz, są zmienne, inaczej: nie są dane raz na zawsze. Bo to kraina wędrujących ludzi, granic, ruchome piaski… Więc musi nam wystarczać „podlaskość” czy „tutejszość”, bo to jedyna rzecz stała, którą mamy. Te głośne deklaracje wynikają właśnie ze słabości tych pojęć. Im jesteś mniej pewna, tym głośniej krzyczysz…

Wiesz, mi w tej „podlaskości” i „tutejszości” jest bardzo dobrze. Nie mam potrzeby doprecyzowywania mojej tożsamości, choć był taki moment, gdy nie do końca wiedziałam, co z tym zrobić, bo do żadnej grupy nie pasowałam idealnie. Obco czułam się wśród Polaków, wśród Białorusinów i wśród Ukraińców. Byłam za bardzo polska albo za bardzo „ruska”. W końcu zdałam sobie sprawę, że „tutejszość” pozwala mi czerpać z tych wszystkich podlaskich źródeł, że będąc „tutejszą” nie muszę z niczego rezygnować, niczego odrzucać, ale musiałam to w sobie przepracować. Zastanawiam się czy Ty też miałeś podobne odczucia, jako człowiek z pogranicza…

To dziwne, bo ja, będąc w Białymstoku na co dzień, mieszkając w nim, jeżdżąc po Podlasiu, nigdy nie myślałem o sobie w kategoriach tutejszości, białoruskości czy polskości. Miałem jakiś tam, polski paszport, który umożliwiał mi podróżowanie, na Krym chociażby, przyjaźniłem się i przyjaźnię z Białorusinami, także z Polakami, nigdy nie mówiłem po białorusku, ale nie był to dla mnie kłopot, bo gdy mówiłem po polsku, oni rozumieli, a gdy oni mówili po białorusku, to ja rozumiałem, więc – tu, w środku, „na miejscu” nie miałem z tym kłopotu, to znaczy – nie zastanawiałem się nad tym. Być może dlatego, iż mam to szczęście, że dobrze mi w obu światach, że one stanowią całość tutejszości… Nigdy nie miałem kłopotu z tym, że byłem za bardzo polski lub za mało ruski, nie musiałem też szukać ucieczki w tutejszość. Pewnie dlatego, że tutejszość jest czymś więcej, czymś co masz, i koniec…

A gdzie chciałbyś być za 20 lat? W Kielcach, na Podlasiu, a może gdzieś dalej na Wschodzie, który tak Cię pociąga?

Nad Biebrzą, w Goniądzu. Znam to miejsce od dzieciństwa i staram się tam być co roku, choć na kilka minut. Lubię myśleć, że ten fragment Biebrzy, który tu widać jest częścią mnie, bo z nim i w nim wzrastałem. I że ja jestem częścią tego krajobrazu, i że go nie zawiodłem… I że rozpłynę się kiedyś w tych biebrzańskich mgłach i wrócę do początku. I – kto wie – może zacznę, od początku…

foto: Maja Witecka

Join the discussion

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *